O snap od niespodzianki

20 maj 2012

Jeśli już przegrywać, to po królewsku. Z takiego założenia musiały najwidoczniej wychodzić poznańskie Kozły, które od największej niespodzianki tego sezonu dzieliła tylko udana próba podwyższenia za dwa punkty.

Na plfa.pl zapowiadaliśmy to spotkanie jako pojedynek dwóch MVPs. Około czwartku pojawiły się nieoficjalne doniesienia, że najwidoczniej nic z tego nie wyjdzie, bo do Wrocławia nie wybierze się Mark Philmore. Amerykanin na murawę Stadionu Olimpijskiego jednak wybiegł, ale plan z zapowiedzi i tak nie wypalił, bo – już na stadionie - okazało się, że Krzysztof Wydrowski będzie w tym meczu tylko niegrającym asystentem swojego trenera. Ach te gwiazdy...

Chwile wytchnienia
Ta nieobecność już na wstępie zmieniała oczywiście bardzo wiele. Rozgrywającym Diabłów był ponownie, po raz trzeci w tym sezonie i swojej pierwszoligowej karierze, Alexander Karganovic. Podobnie jak w pierwszym meczu  tych zespołów musiało to też oznaczać, że gospodarze, jeszcze częściej niż zazwyczaj, postawią na akcje biegowe. W Poznaniu Devils wygrali w ten sposób ostatecznie wysoko, ale do przerwy prowadzili przecież jedynie pięcioma punktami.

W tamtym spotkaniu defensywa Kozłów w końcu jednak „pękła”, a stało się tak z bardzo prostej przyczyny. Prawie ani chwili na odpoczynek i nadziei na lepsze jutro nie dawała im tam ofensywa. W związku z tym, że teraz grał w niej MVP poprzedniego sezonu i (radzący sobie tam prawie tak dobrze, jak w defensywie) Deante Battle, szansa na częstsze chwile wytchnienia podczas szturmu wrocławian była znacznie większe.

Pierwsze (i ostatnie)

W pierwszych seriach obu zespołów nie mieliśmy jednak ani szturmu, ani odpowiedzi na niego, bo oba zespoły nie ugrały wiele w ataku. Dopiero kolejne posiadanie piłki Devils potrwało dłużej. I to o wiele: gospodarzy zagrali aż 12 akcji (dwa podania na pierwsze próby złapał tam, rzadko ostatnio błyszczący Kim Thompson), w których przeszli ok. 60 jardów. Na granicy czerwonej strefy, Kozłom udało się jednak w trzeciej próbie po raz pierwszy zatrzymać bieg Nilesa Mittascha, a później zablokować kopnięcie Krzysztofa Wisa. Gospodarzy od ich pierwszych (i – aż trudno uwierzyć – ostatnich) punktów dzieliło już jednak tylko kilkadziesiąt sekund.

Seria ofensywna poznaniaków zakończyła się błyskawicznie (Philmore próbował podawać, ale nic z tego nie wychodziło) i Szymon Barczak musiał odkopywać piłkę. Długo czekał na nią Grzegorz Mazur, udając, że nie będzie zainteresowany akcją powrotną. W ostatniej chwili złapał jednak futbolówkę, a swój świetny bieg zakończył dopiero w polu punktowym. Zaliczył w tym meczu jedną akcję (szans na łapanie podań nie miał żadnych), ale jakże istotną. To świadczy o wartości zawodnika (jest też znakiem czasów pokazującym zmianę filozofii tego zespołu). Devils prowadzili 7:0, a fani świętowali pierwsze z jak im się zapewne wydawało, wielu tego dnia przyłożeń swoich pupili...

Pukanie do drzwi

Po tej akcji swoją wartość od razu chcieli potwierdzić Philmore i Battle. Jak nie tak jeszcze dawno w barwach The Crew, wspólnie ustawili się, żeby odebrać wznawiający grę wykop. Zaskoczyli gospodarzy reversem, po którym MP3 dobiegł z piłką aż do 30 jarda połowy rywali. Chwilę później zdobyli dodatkowe 14 jardów i byli już w red-zone, ale tutaj nie ugrali niczego (znów trzy niecelne podania Philmore'a). Nie zdecydowali się też na kopnięcie z pola (było wietrznie, ale dystans  niewielki), co jak się później okazało było z ich strony błędem. Pierwszym i nie ostatnim.

Prowadząc, trochę spokojniejsi gospodarze zaczęli opierać swój atak na Mittaschu, który w  trzech biegach z rzędu zdobył w sumie 50 jardów. Już na połowie Kozłów górą ponownie była jednak defensywa, a powalenie Karganovica sprawiło, że Diabły musiały puntować. Do przerwy pozostawało wtedy niewiele i mimo że niebiescy postraszyli świetnie złapanym przez Przemysława Gołębiewskiego podaniem, to ostatecznie utknęli na 40. jardzie połowy rywala. Po raz drugi z rzędu pokazali jednak, że ich ofensywa potrafi zdobywać jardy, „pukali do drzwi”. Przy wyniku 7:0, to zapowiadało emocjonującą drugą połowę meczu.

Flagi i przechwyty

Kozły zaczęły ją jednak od flagi za uderzenie po zakończeniu akcji i musiały odkopywać. (Kary miały być zmorą przyjezdnych w tej połowie). Wrocławianie szybko oddali im jednak piłkę, po tym, jak w trzeciej próbie podanie Karganovica, przy samej ziemi, przechwycił  Deante Battle. Seria ofensywna zaczęła się 15-jardowym biegiem Philmore'a... skasowanym przez flagę za holding. A więc kolejny punt. Chcące uspokoić sytuację Diabły oddały piłkę w ręce swojego niezawodnego fullbacka, Tomasza Tarczyńskiego, ale po zdobyciu jednej pierwszej próby znów straciły futbolówkę. Intencje rozgrywającego rozczytał tym razem Filip Kłoskowski i wrócił z przechwyconą piłką aż na przeciwną połowę boiska.

Philmore znów zaczął od próby podania, tym razem długiego. Gdyby jego skrzydłowy złapał tę piłkę, Kozły prawie na pewno zdobyłyby przyłożenie, bo odbierający podanie wyprzedził już ostatniego obrońcę. To się nie udało i kolejne trzy próby (a więc z czwartą włącznie) również nie przyniosły żadnego zysku. Gości uratowała jednak flaga za faul przy tej ostatniej próbie podania, co przeniosło ich znów do czerwonej strefy wrocławian. Już po drugiej próbie uderzeniem po akcji zawinił jednak tym razem Krzysztof Cymbrowski numer 24 i Kozły zostały cofnięte zbyt mocno, by próbować nawet kopnięcia z pola. Piłkę oddały więc znowu po złym podaniu w czwartej próbie. Tak zakończyła się III kwarta. Wynik nadal 7:0.

Nierealne
Prowadzenie faworyta nie było wysokie, ale po tych kilku niewykorzystanych szansach Kozłów wszyscy spodziewali się chyba, że prędzej czy później Devils po prostu podwoją swój dorobek punktowy. Na początku czwartej kwarty, dzięki kolejnym 30 jardom Mittascha, wrocławianie poczynili poważne kroki, żeby tak się stało. Byli już na 20. jardzie pola rywala, gdy, mimo że po dwóch przechwytach na koncie swojego rozgrywającego nie chcieli ryzykować już ani jednej akcji podaniowej i tak stracili piłkę. Fumble przy wprowadzeniu piłki do gry pozwoliło poznaniakom wyjść z wielkiej opresji i niespodziewanie znów przejąć futbolówkę.

Gracze z Poznania musieli przejść jednak aż 80 jardów, co nie wydawało się zbyt realne. Z każdym kolejnym jardem i każdą pierwszą próbą (a ich było po drodze aż 6) wielka niespodzianka wydawała się coraz bardziej możliwa. Philmore dwoił się i troił. Sytuację uratował przede wszystkim, gdy jego zespół (przez kolejny holding) musiał przejść 20 jardów w okolicach połowy boiska. Były gracz The Crew najpierw przebiegł w jednej akcji 17 jardów, a później sam dodał brakujący trzy. Kilka biegów dołożył też Battle i poznaniacy byli nagle na 21. jardzie Diabłów. Tam też nie przestali utrudniać sobie życia flagami: falstart sprawił, że w trzeciej próbie potrzebowali już nie 5, a 10 jardów. Podanie Philmore'a była jednak niecelne. Została czwarta próba.

Półśrodki nie
Amerykanin znów rzucił w pole punktowe, ale do nikogo. Mecz się skończył, Devils się wybronili, wygrali... ale na murawie leżała żółta flaga. Okazało się, że Layton Jones uderzył Philmore'a po akcji i Kozły zostały wybawione z opresji, nadal były w tym meczu żywe. I to jak. Wystarczył im już tylko jeden bieg (Battle) i nagle zrobiło się 7:6. Ta 18-akcjowa seria trwała tak długo, że na zegarze zostawało tylko 55 sekund. Gdy okazało się, że goście zagrają o wszystko, spróbują podwyższenia za dwa punkty, trudno było dziwić się ich decyzji. To była ich szansa na niespodziewany, historyczny triumf. Byli dodatkowo rozpędzeni, pewni siebie... i właśnie wtedy opuściło ich szczęście.

Fumble przy snapie tym razem zakończyło spotkanie już na dobre. Kozły próbowały jeszcze co prawda on-side kicka, ale nawet w przypadku jego powodzenia trudno wierzyć, że zdążyłyby zdobyć potrzebne trzy punkty. To dobry moment, żeby rozpamiętywać wcześniejsze kary, bez których poznaniacy pewnie mieliby w momencie swojego przyłożenia już jedno lub dwa kopnięcia z pola na koncie... Jeśli chodzi o Diabły, to z jednej strony dostały ostrzeżenie przed swoimi nadchodzącymi meczami z Eagles i Seahawks, ale z drugiej, wygrały przecież trzeci mecz bez swojego podstawowego w tym roku rozgrywającego w tym roku. W przypadku niewielu drużyn Topligi byłoby to możliwe.


Głową w mur
Z Wojciechem Andrzejczakiem, linebackerem Devils, rozmawia Adrian Fulneczek.

Po takim meczu przedstawiciel formacji obronnej powinien być chyba zadowolony?
Obie defensywy dzisiaj dominowały. Nasza na szczęście wytrzymała aż do samego końca i wybroniła tę próbę podwyższenia. Zwycięstwo, to zwycięstwo, ale wydaje mi się, że mamy nad czym pracować, bo kolejny przeciwnik to Warsaw Eagles.

To prawda. Byliście przecież zdecydowanym faworytem przed tym meczem, ale Kozły sprawiły Wam dzisiaj niemało kłopotów.
Nie zagrał dziś nasz podstawowy quarterback, co determinowało nasz dobór zagrywek. Musieliśmy postawić przede wszystkim na grę biegową, a przeciwko akurat defensywie Kozłów, to rzeczywiście momentami przypominało walenie głową w mur.

A skoro o murach mowa - w waszej linii też się nieco pozmieniało. Pojawił się w niej dzisiaj Kim Thompson.
Kim był All-Starem w swojej szkole średniej również na pozycji defensive-enda, stąd pewnie jest teraz eksploatowany przez trenerów właśnie w taki sposób.

Ten mecz to ostrzeżenie, bo mieliście trochę kłopotów z teoretycznie słabszym?
Nie można powiedzieć, że Kozły to słaby zespół. Gra w ich barwach czterech Amerykanów, prawdopodobnie zajmą czwarte miejsce i dojdą do play-offów. Ciężko grało się nam z nimi już zresztą ostatnim razem w Poznaniu i dzisiaj było podobnie. To, że wygraliśmy jest w tej chwili najważniejsze.

Na koniec zapytam przewrotnie. Jeśli Kozły rzeczywiście zajmą to czwarte miejsce w lidze, to czy spotkacie się z nimi w półfinale?
Taki jest cel i będziemy robić wszystko, żeby wygrać w kolejnych spotkaniach i go zrealizować.


Rola ambasadora
Z Demetriusem Eatonem, linebackerem Kozłów, rozmawia Adrian Fulneczek

Prawdziwy mecz defensyw...
Nasza obrona nie pozwoliła ich ofensywie na zdobycie choćby jednego punktu (przyłożenie Grzegorza Mazura wpada na konto formacji specjalnej – red.), a im udało się to samo aż do ostatniej minuty meczu. Więc tak, chyba można to tak określić.

Przegraliście spotkanie, ale chyba możecie być zadowoleni ze swojego defensywnego występu?
Jesteśmy zadowoleni w pełni, kiedy nie pozwalamy rywalom zdobyć ani jednego jarda. Dzisiaj jednak rzeczywiście nie było źle, ale warto pamiętać, że ta obrona nie pozwoliła Devils na wiele też w Poznaniu zanim ja i inni Amerykanie dołączyliśmy do zespołu. Mamy ciągle wiele do zrobienia, ale liczę, że spotkamy się z Diabłami ponownie w półfinale. Wtedy zobaczymy jaki postęp wykonaliśmy.

Mówi się o as, że od przyjazdu Amerykanów zespół staje się lepszy z treningu na trening.
Bo to prawda, ale też nie chciałby tutaj odbierać czegokolwiek naszym kolegom z zespołu. Oni naprawdę mieli potrzebne umiejętności już przed naszym przyjazdem. Brakowało im odrobiny wiedzy z pierwszej ręki, którą my mogliśmy im dać. Teraz przenoszą ją na boisko i są dzięki temu mądrzejszymi zawodnikami. O to właśnie chodzi w byciu ambasadorem futbolu. My nie chcemy przyjeżdżać tutaj i przejmować zespołu. Chcemy uczyć, tak, żeby inni mogli później uczyć młodsze pokolenie i nadal rozwijać futbol w Polsce.

Będziecie rozpamiętywać to podwyższenie za dwa punkty?
Musieliśmy przy nim podjąć decyzję w kilkanaście sekund. Podwyższenie i dogrywka, czy próba wygrania spotkania wcześniej. Wiedzieliśmy, że Devils mają dobry atak i przewagę, bo grają u siebie... Więc postanowiliśmy zaryzykować i skończyć ten mecz. Nie wyszło, ale to już historia.


Devils Wrocław Kozły Poznań 7:6 (0:0, 7:0, 0:0, 0:6)

II kwarta
7:0 przyłożenie Grzegorza Mazura po 77-jardowej akcji powrotnej po odkopnięciu Kozłów (podwyższenie za jeden punkt Krzysztof Wis)

IV kwarta
7:6 przyłożenie Deante Battle po 11-jardowej akcji biegowej


Mecz obejrzało 400 widzów.