Na Śląsku lubią czekać

5 cze 2012

Zwycięstwo, które Silesia Rebels odnieśli w pierwszej kolejce sezonu długo pozostawało ich jedynym w tych rozgrywkach. Wygrana numer dwa nadeszła dopiero po sześciu porażkach z rzędu i 47 minutach meczu z Kozłami.

W pierwszym bezpośrednim pojedynku Poznaniaków i graczy spod znaku Srebrnej Gwiazdy górą byli ci pierwsi. Dwa tygodnie później Kozły dołożyły do tego jeszcze zwycięstwo z krakowskimi Tygrysami i minimalną porażkę z Devils we Wrocławiu. Jeśli spotkanie w Katowicach zakończyłoby się dla nich sukcesem, czwarte miejsce w tabeli byłoby już na pewno ich.

Mur przebity
Wiedzieli o tym oczywiście też Rebels. Obie drużyny w początkowej fazie meczu grały więc bardzo ostrożnie, nie chcąc popełnić poważnego błędu. Cała pierwsza kwarta składała się więc z krótkich serii ofensywnych, zawsze kończonych puntem. Dopiero w drugiej kwarcie posiadanie piłki na punkty przełożyli goście. I zrobili to w - do niedawna - niecharakterystyczny dla siebie sposób: podaniami. Dwa precyzyjne zagrania Marka Philmore'a złapał Bartosz Trawiński, szybko przenosząc swój zespół do czerwonej strefy rywala. Tam pomógł bieg rozgrywającego, ale serię zakończyło jeszcze jedno podanie, po którym Kozły prowadziły 7:0.

Rebelianci wiedzieli, że w meczu z drugim bezpośrednim kandydatem do nagrody, którą sami chcieliby zgarnąć, nie można nie odwzajemnić takiego ciosu. W związku z tym, mimo że wcześniej nie zdobyli ani jednej pierwszej próby, teraz przebudzili się natychmiastowo. Postawili na biegi, czyli metodę gry przeciwko Kozłom, którą tydzień wcześniej jeden z graczy Devils Wrocław nazwał „waleniem głową w mur”. Katowiczanom udało się ten mur jednak skruszyć, głównie za sprawą długiego biegu... Arkadiusza Kanickiego, znanego wcześniej ze swoich dobrych występów w defensywie. Ciężar prawie wszystkich pozostałych prób wziął na swoje barki Jan Musil, ale to Kanickiemu udało się wreszcie, w czwartej próbie, przełamać opór, broniących się na własnym 1 jardzie Kozłów. Do przerwy było więc remisowo.

Na własne życzenie
Ten mecz przypominał trochę pojedynek bokserski, w którym żadna ze stron nie potrafi zadać najmocniejszych ciosów i czeka na swoją okazję. W trzeciej kwarcie taka nadeszła dla Rebels, gdy zepchnięte na własny 5. jard Kozły straciły piłkę. Gospodarze nie potrafili jednak wykorzystać tego prezentu. Po trzech nieudanych atakach zdecydowali się wreszcie na kopnięcie z pola, które też nie zwiększyło ich dorobku punktowego, bo próbę zablokowali poznaniacy. To dodało im pewności siebie, która kilka serii później przełożyła się na ich drugie tego dnia przyłożenie (Philmore do Bartosza Trawińskiego). Przyłożenie, do którego, co ważne, dodali udane podwyższenie i na początku czwartej kwarty prowadzili już 14:7.

Srebrna Gwiazda, trochę niczym bokser, czujący, że musi szybko odebrać przewagę rywala, podobnie jak w pierwszej połowie, odpowiedziała na stracone punkty bardzo szybko. Znów wystarczyła jedna seria, w której z pomocą flag za faule przy podaniach do Radka Warchola, gospodarze szybko zdobywali kolejne jardy. Cały marsz wykończył, bardziej fizycznie biegający fullback Rebels, Kanicki. Kłopoty zaczęły się dopiero po touchdownie, gdy – trochę jak Kozły w meczu z Diabłami – gospodarze zamiast najpierw pomyśleć o wyrównaniu, chcieli od razu objąć prowadzenie, grając za dwa punkty. Kozły nie miały jednak żadnych problemów z powstrzymaniem tej akcji i na własne życzenie, na trzy minuty przed końcem, Rebels nadal przegrywali jednym punktem.

Teatr jednego aktora
Defensorzy gospodarzy pozwolili Kozłom na zdobycie jednej pierwszej próby, a czas oczywiście nieubłaganie uciekał. Wizja przegrania walki o play-offy przez nieudaną, gorzko wspominaną przez lata próbę podwyższenia stawała się coraz bardziej realna... Na szczęście dla Rebels, chwilę później, Mark Philmore dwukrotnie podawał niecelnie, co zmusiło Kozły do odkopnięcia i pomogło też zaoszczędzić trochę czasu. Katowiczanie zaczynali na własnym 20. jardzie. Stadion Rozwoju Katowice właśnie zmieniał się w teatr jednego, niewidocznego wcześniej aktora: Zbigniewa Szrejbera.

Skrzydłowy złapał pierwsze podanie całej serii, gdy kryjący go obrońca poślizgnął się i ułatwił mu zadanie. Później trudne chwile przeżywał Michał Kołek, ale mimo zbliżających się do niego trzech obrońców, zdołał jeszcze posłać kolejne podanie do Szrejbera. Już na 30. jardzie połowy gości, Kołek został jednak powalony i wydawało się, że strata jardów będzie kosztowna, ale sędziowie dopatrzyli się przewinień w obu ekipach. Po krótkiej przerwie, już w kolejnej akcji, rozgrywający Rebels pokazał, że nie odczuł zupełnie zderzenia z liniowymi Kozłów i wybiegając na prawo, posłał długie podanie do krytego indywidualnie Szrejbera. Temu udało się złapać futbolówkę i wpaść z nią w pole punktowe. Do końca meczu pozostawało wtedy już tylko około 30 sekund. Stadion oszalał (przy linii bocznej m.in. stojący dotąd tylko o kulach, kontuzjowany Jakub Sancaktar, podskakiwał teraz na swojej zdrowej nodze, wymachując rękami).

Rebelianci w jednej chwili przenieśli się z piekła do futbolowego nieba. Czekali na to długo, ale to na Górnym Śląsku staje się powoli tradycją. Rok temu Katowiczanie uratowali się przecież przed spadkiem dopiero wygranymi w dwóch ostatnich kolejkach sezonu. W sobotnim meczu czekanie nie kończyło się zresztą nawet na przyłożeniu Szrejbera. Kozły miały jeszcze szansę na zwycięstwo: niewiele czasu, ale krótki dystans, bo Rebels musieli wykopywać piłkę (przez flagi za ściągnięcie kasku na murawie) z własnej czerwonej strefy. Nerwów nie było jednak już wiele. W ostatniej akcji meczu sack zaliczyli defensorzy gospodarzy i kibice mogli kontynuować świętowanie. Zepsuć nastroje mogą im teraz właściwie już tylko Tygrysy z Krakowa, które Srebrna Gwiazda odwiedzi już w najbliższy weekend...


Frustrujące
Z Pawłem Muzolfem, linebackerem Kozłów Poznań, rozmawia Adrian Fulneczek.

Jak wrażenia po meczu? Drugi tydzień z rzędu jesteście bardzo blisko wygranej, ale mecz kończycie na tarczy...
To był bardzo emocjonujący mecz, ale porażka w nim boli przez to jeszcze bardziej. To, że zadecydowały ostatnie sekundy jest naprawdę frustrujące, ale tak już jest w sporcie, trzeba grać do końca. Był to poza tym też nasz ostatni mecz z Markiem w składzie (Philmorem - przyp. red.) i bardzo chcieliśmy go wygrać ...

Czuliście przed spotkaniem jak duża jest stawka, o którą przyjdzie wam grać?
Jadąc do Katowic było dla nas jasne, że to jest najważniejszy mecz w sezonie. Postanowiliśmy zostawić całe zdrowie na boisku. I zrobiliśmy to, ale  Rebels podeszli do tego pojedynku dokładnie tak samo i to oni okazali się tym razem lepsi.

Czy Rebels czymś was zaskoczyli? Może tym, że próbowali przeciwko wam sporo biegać?
Zawsze jesteśmy gotowi na to, że przeciwnik spróbuje pobiegać. Myślę jednak, że całkiem dobrym posunięciem okazało się wstawienie Arka Kanickiego na pozycję fullbacka. Poza tym już w pierwszym meczu zaskoczył mnie Michał Kołek i forma jaką prezentuje. Zrobił duży progres od zeszłego sezonu.

Do końca sezonu pozostały wam już tylko mecze z faworytami, zespołami z pierwszej trójki. Na dodatek bez wsparcia Marka Philmore'a... Myślisz, że ich trochę postraszycie? Powalczycie jeszcze o to czwarte miejsce?
Nie chcemy ich straszyć tylko z nimi wygrać. To będą trudne mecze, ale damy w nich z siebie wszystko.


AZS Silesia Rebels - Kozły Poznań 19:14 (0:0, 7:7, 0:0, 12:7)

II kwarta
7:0 przyłożenie Michała Konradego po 3-jardowej akcji po podaniu Marka Philmore’a (podwyższenie za jeden punkt Szymon Barczak)
7:7 przyłożenie Jana Musila po 1-jardowej akcji biegowej (podwyższenie za jeden punkt Zbigniew Szrejber)

IV kwarta
7:14 przyłożenie Bartosza Trawińskiego po 6-jardowej akcji po podaniu Marka Philmore’a (podwyższenie za jeden punkt Szymon Barczak)
13:14 przyłożenie Arkadiusza Kanickiego po 3-jardowej akcji biegowej
19:14 przyłożenie Zbigniewa Szrejbera po 37-jardowej akcji po podaniu Michała Kołka


Mecz obejrzało 250 widzów.